Subscribe to my mailing list!

Kształt Mnie (Ale Zrób to Skomplikowane)

Bo po co zadowalać się prostotą, skoro można być kosmiczną zagadką?

Uczę się, że bycie człowiekiem oznacza życie z wewnętrznymi sprzecznościami. Jest to ból, nieustanny głód bycia dostrzeganą, ale także silna potrzeba ochrony najdelikatniejszych części siebie. Chcę być całkowicie tu, a jednocześnie nieskrępowana, wolna. I jakoś wciąż odnajduję kawałki siebie w miejscach, które myślałam, że zostawiłam za sobą — w ludziach, o których prawie zapomniałam, w dymie dawno minionych nocy i w słowach, którymi próbuję to wszystko otoczyć. Jestem kształtem w ruchu, opowieścią, która nie chce się skończyć, nieustannie zmieniającą się, sezon po sezonie.


Czuję, że chcę być wszędzie i wszystkim jednocześnie. Chcę, aby była wiosna, lato, jesień i zima, wszystko zawarte w jednej chwili. Chcę być zarówno tu, jak i tam, sama i razem, zarówno głodna, jak i nasycona. Ale życie jest rozczarowująco liniowe, ograniczone nieustępliwym marszem czasu. Czuję się maleńka, uwięziona w nieustannym posuwaniu się naprzód dni i miesięcy, nieustannie sięgając po coś, czego nie mogę do końca uchwycić.

Kiedy myślę o innych porach roku, pamiętam mgłę dymu papierosowego, kiedy wszystko wydawało się jednorazowe. Ludzie byli wymienni, ich życie tylko tymczasowymi elementami w moim. Ale nawet wśród dymu niektóre rzeczy były niewątpliwie jasne. Pamiętam, jak stał tam, postać wycięta przez mgłę, i jakoś wydawał się prawdziwy. I to jest okrutna rzecz w pamięci — to, co trzymamy, pozostaje żywe, nawet gdy świat wokół się zmienia. Pory roku się zmieniają, ja się zmieniam, ale pewne wspomnienia nie chcą zniknąć.

Może to pragnienie, to trwające pożądanie, to coś, co wraca każdej jesieni. Gdy zimno się wkrada, moje oczy zaczynają łzawić i nie wiem, czy to z łez, czy z alergii. Myślę, że czekam na coś, co nigdy nie nadchodzi; coś, co przeczy tej niespokojnej przemianie z jednego sezonu na następny, lodowate powietrze trzyma mnie z dala od przestrzeni (i rozproszeń?) świata zewnętrznego.

Ale uczę się żyć z bólem, cyklicznym wzlotem i upadkiem tęsknoty. Wciąż piszę, wiedząc, że niektóre rzeczy zawsze pozostaną niejasne, nawet gdy próbuję je uchwycić na stronie. W końcu jestem tylko osobą nawigującą przez sezony, przez uczucia, które płoną, topnieją i powracają. Jak dym, unoszą się, czasami tylko przybierając kształt, zanim znikną w powietrzu.


Czasami zastanawiam się, czy nie jestem zbyt szczera, czy nie jestem zbyt skłonna oddać najczystsze części siebie. Pisanie dla mnie to jak zdzieranie warstw skóry, odsłaniając wszystko, co jest pod spodem. Siadam z piórem, mając nadzieję, że da mi jasność, ale czasami prawda tylko wszystko komplikuje. To jak próba utrzymania doskonałej kuli lodu, która wyślizguje się z rąk, parząc w trakcie, odmawiając pozostania na długo.

Próbuję utrzymać równowagę na tej linie między wyrażaniem siebie a wrażliwością. Tak bardzo chcę być widziana — naprawdę widziana. Ale czy to nie jest niebezpieczne? Pragnąć bliskości, mając świadomość, że ktoś mógłby cię zranić, że mógłby po prostu się odwrócić? Może dlatego wszyscy staramy się grać na luzie, balansując te kruche kule nas samych na wysokich półkach, trzymając je bezpieczne i nietknięte. Ale wciąż chcę wyciągnąć rękę i rozbić bariery, które nas oddzielają. Pragnę połączenia, głębokiego rezonansu, który może pochodzić tylko z bycia całkowicie, niebezpiecznie otwartą.

Trzeba odwagi, by iść dalej. Rozczarowanie boli w sposób trudny do opisania, jak siniak, który nigdy nie znika całkowicie. I przyznam, czasami po prostu chcę się poddać — nie we wszystkim, ale w niektórych sprawach. Byłoby łatwiej się wycofać, osłonić się przed tymi ostrymi krawędziami. A jednak tego nie robię. Mimo wszystko wciąż wyciągam rękę, mając nadzieję, że pewnego dnia znajdę to wzajemne zrozumienie, które sprawi, że ryzyko będzie tego warte.


I wciąż próbujesz się zmieniać i ulepszać, mając nadzieję, że będziesz wystarczająca dla tej osoby. Ale ich to nie obchodzi. Naprawdę ich to nie obchodzi. Bo gdyby zależało im na tobie jako osobie, a wszystkie twoje inne cechy naprawdę miały dla nich znaczenie, to by nie odeszli. Albo nie zignorowali cię. Albo nie zdecydowali się nie przeprosić. Szacunek nie jest gestem uprzejmości, ale uznaniem, rodzajem walidacji, która sprawia, że czujesz się cała.

Ale zaczynam myśleć, że może bycie wystarczającą dla kogoś innego nie jest właściwym celem. Staram się nie być nudna. Chcę być czymś więcej niż tylko ładną twarzą czy ulotną myślą. Chcę być czymś znaczącym, czymś, co pozostaje — więcej niż chwilowym błyskiem, więcej niż tylko smugą złapaną w wiatry losu. Chcę być dźwiękiem, który dzwoni w twoich uszach, czymś potężnym i niepodważalnym.

Są chwile, kiedy wszystko jest tak jasne, jak dźwięk małych wybuchających petard, których tak bardzo nienawidzę. Każda emocja jest ostra i żywa. I uświadamiam sobie, że chcę być czymś więcej niż moją cielesną formą, czymś poza samym ciałem i kośćmi. Chcę świecić jasno, jak gwiazda zakrzywiająca czas i przestrzeń wokół siebie, przyciągając wszystko bliżej jednego punktu. Może wtedy nie musiałabym szukać walidacji od nikogo poza sobą.


Każde z tych uczuć — pragnienie bycia widzianą, tęsknota za połączeniem i nostalgia za tym, co umknęło — są kawałkami większej całości. Nie są oddzielne; krążą we mnie, wciąż na nowo, jak zmieniające się pory roku. To tak, jakbym była sumą wszystkich tych sprzecznych części, każda z nich informuje o innej, tworząc życie, które jest zarówno piękne, jak i boleśnie przemijające. Może nigdy nie będę miała pełnej jasności, ale może o to właśnie chodzi. W końcu nie potrzebuję jasności, ale odwagi, by objąć niepewność i żyć każdą porą roku, jaką przynosi. Pisanie to tylko zabawny efekt uboczny.

divider