Subscribe to my mailing list!

Moje życie jako seria winietek

Ukształtowana przez presję, chroniona przez pragmatyzm i scalona głosem

Czuję się całkowicie oderwana od mojego życia jako narracji. Znam momenty, które mnie tu doprowadziły: mogę je wskazać, nazwać, umieścić jak pinezki na mapie, ale nie czuję się z nimi związana. Krążą wokół mnie jak artefakty, których kiedyś dotknęłam, ale już nie posiadam. Każdy moment przechodzi w następny bez ostrzeżenia, bez ceremonii, bez uprzejmości przejścia. Nie wiem, czy to kaprys pamięci, czy jakaś głębsza wada charakteru, jeśli to w ogóle wada. (Moja pamięć jest dobra, tylko wybiórcza.)

Ta wybiórczość oznacza, że mogę wybierać wspomnienia, które zachowam. Decyduję, które scenki warto zatrzymać. Zapisuję je, zamykam w butelce, a poprzez ich ponowne czytanie, przeżywam te chwile w całości. Niektóre wspomnienia wydają się być częścią mnie; inne czują się jak obcy, których nie chcę wpuścić. Łatwiej jest zakopać pewne rzeczy, niż udawać, że zasługują na ponowne odwiedziny.

Współczesna psychoterapia kręci się wokół refleksji nad przeszłością. Wiem, że jako dziecko doświadczyłam ogromnej presji – niczego jawnie fizycznego, ale wciąż uciążliwego z perspektywy czasu. Ta presja wykuła we mnie pewne cechy: twardość, nieustępliwość, szczególny sposób poruszania się po świecie. Akceptacja tego zapobiega myśleniu o sobie jako o “uszkodzonym towarze”. Nadaje kształt temu, kim się stałam, nie zmuszając mnie do romantyzowania samego cierpienia.

Jestem wrażliwa na dźwięk kroków zbliżających się do pokoju; mogę dokładnie powiedzieć, kto to jest. Potrafię wyczuć odrzucenie, zanim zostanie wypowiedziane na głos. Opuszczam pokój w momencie, gdy czuję się niechciana. Wcześnie nauczyłam się, że bycie małą zapewniało mi bezpieczeństwo. Później dowiedziałam się, że to również czyniło mnie niewidzialną. Gdzieś pośrodku stałam się podporą i naprawiaczką, kimś, kto dostarcza rozwiązań tam, gdzie wydają się niemożliwe. Ale nie oferuję litości. Nie lituj się nade mną. Wyczuwam litość, zanim jeszcze nadejdzie, i odmawiam jej przyjęcia. To jak trucizna przebrana za współczucie.

To nie jest trauma, którą się chwalę. To zestaw umiejętności, który noszę głęboko w kościach. Uczyniło mnie to bezwzględnie pragmatyczną. Nie mam cierpliwości do użalania się nad sobą, do teatralności, do performatywnej kruchości. Moje własne zmagania sprawiły, że zbudowałam fortecę, z której nigdy naprawdę nie wyszłam. Samodzielność stała się zarówno zbroją, jak i tożsamością. Poza miękką polityką społecznej gracji, jestem skałą. Ciągle się poruszam, bo zatrzymanie się wydaje się niebezpieczne. Nie wiem, czy to siła, czy samoobrona, czy coś bardziej skomplikowanego, czego jeszcze nie nazwałam.

W rezultacie czuję się odłączona od mojej fizyczności, mojego CV, mojego rodowodu, mojej historii. To są fakty, ale nie są moją prawdą. Prawda jest taka, że jestem zbiorem ewoluujących zasad umieszczonych w tymczasowym ciele, świadomą wolą starającą się robić lepiej. To wyzwalające uświadomić sobie, że jesteś tylko człowiekiem i że większość zasad to fikcja zszyta przez ludzi zbyt przerażonych, by improwizować. Jedynym prawdziwym więzieniem jest to, którego nie rozpoznajesz jako takie.

Ta wolność wiąże się z komplikacjami. Kiedy lekceważę oczekiwania, które ludzie na mnie nakładają, zwłaszcza te powierzchowne, to ich niepokoi. Łamie ich poczucie ciągłości. Jeśli mogę się zmieniać na kaprys, dlaczego oni nie mogą? Kiedy ludzie twierdzą, że “nie mogą” czegoś zrobić, rzadko im już wierzę; większość ludzi robi dokładnie to, czego chce, ale opowiada sobie bardziej strawne historie na ten temat. Oderwanie się od narracji również usunęło moje wymówki. Jeśli mogę uwolnić się z własnych ograniczeń, oczekuję, że inni przynajmniej spróbują swoich.

(Przyznaję, że nie mogę uciec od swojego głosu. Bez względu na to, ile person przerastam, mój głos trzyma się mnie. Mój pisany głos, mój mówiony głos, w kształcie moich zdań, w rytmie moich myśli, podąża za mną do każdego pokoju. Nawet kiedy chcę ciszy, kiedy chcę zniknąć w bezsłowności, coś we mnie wciąż narruje.)

Pisanie jest moją furtką; moim sposobem na stworzenie najmniejszej iluzji ciągłości. Nie wierzę w mit zjednoczonego ja, ale wierzę w spójność głosu. Za każdym razem, gdy ponownie czytam to, co napisałam, oszukuję siebie, że istnieję trochę dłużej, łącząc chwile, które w przeciwnym razie by się rozproszyły. Może to najbliższe, co mam do narracji: nie życie z sensem, ale zapis uwagi.

Nie będę udawać, że to czyni mnie łatwiejszą do zrozumienia. Nawet dla mnie nie jest to łatwiejsze. Ale jeśli moje życie to ciąg scenek, to wybiorę je sama. Napiszę te, które mają znaczenie, usunę te, które nie, i będę chodzić między scenami jak ktoś, kto wie, że historia nigdy nie była celem.

divider