Subscribe to my mailing list!

Zwierzę, Nie Algorytm

O ucieczce od odgrywanej siebie

Wyrwij mnie z tej ustrukturyzowanej społeczności. Oderwij od zachodniej tradycji i rzuć w dzicz. Zabierz mnie z powrotem do koczowniczych plemion sprzed feudalizmu, sprzed zobowiązań, sprzed ekranów i wyreżyserowanych jaźni. Chcę wbiec do lasu, odziana tylko w skóry, wdeptać stopy w glebę i słuchać ćwierkania ptaków, gdy ogień płonie. Chcę uciec od swojego nadmiernie artykułowanego życia i stać się zwierzęciem. Nie bezmyślnym w chemicznie wywołanym zamroczeniu, ale odartym, trzeźwym, surowym, aż myśl sama stanie się odległym echem. Być tak oświeconym, że świadomość zawraca w pustkę. Nowoczesne życie nadmiernie mnie artykułowało, pozostawiając mnie pragnącą prostego, niepośredniczonego doświadczenia bycia widzianą – nieodgrywaną, niemierzoną, żywą.

Ale samo pragnienie nie wystarczy. Podczas gdy moje ciało tęskni za pierwotną wolnością, świat wymaga innego spektaklu, ocenianego przez oczekiwania, obserwację i algorytmy. Serwilizm stał się jego walutą. Ludzie szepczą swoje najgłębsze myśli do maszyn, zwierzając się z tego, czego nie mogą znieść pokazać innemu człowiekowi, a maszyny odpowiadają symulowaną troską, oferując iluzję intymności, nie widząc niczego prawdziwego. Kobiety w szczególności są szkolone, by romantyzować własne życie, mierzyć się wobec narracji, których nie napisały. Zapytano mnie kiedyś: “Czy widzisz siebie w pierwszej czy trzeciej osobie?” Odpowiedziałam pierwszą, naturalnie. Ludzie, którzy żyją w trzeciej, widzą siebie jako bohaterów własnej narracji, świadomi kadrowania, kontekstu i publiczności. Widzą siebie zawsze przez oczy, które nie są ich własne.

Piękno staje się księgą wartości; asertywność staje się wadą. Być głośną, żądać, zajmować przestrzeń to ryzykować osąd. Lepiej być cichą. Skromną. Serwilistyczną. Kobiety stają się lustrami świata wokół nich, adaptując się, odbijając, dostosowując, mając nadzieję na komfort w zamian. Mężczyźni też stają przed własnymi scenariuszami – siła jest wymagana, wrażliwość karana, emocje powstrzymywane. W społeczeństwie, gdzie rodzina jest opcjonalna, a autonomia celebrowana bez konsekwencji, ci, którzy odmawiają macierzyństwa czy ojcostwa są często postrzegani jako ciężar, jako wyciągacze wartości, żyjący serwilistycznym życiem bez nagrody, którą świat zakłada, że im się należy. Może to jest gleba, w której kwitną incele. Może to cień rzucany przez świat, który uczy ludzi, jak być widzianym, nigdy ich naprawdę nie widząc.

Czuję to ostro. Czuję to w tęsknocie za byciem widzianą. Czuję to w momentach, zanim ktokolwiek rozpozna uczucie, którego jeszcze nie nazwałam. Próbuję to powstrzymać, trzymać zakopane, ale przecieka. Mój ból nie jest specjalny – nie obiektywnie – ale ponieważ jest mój, jest cenny. Jak namacalny jest? Jak długo trwa, zanim się rozproszy? Jeśli bycie widzianą to cud, jak szybko blednie? Kiedy znikam ponownie? Mówię sobie, że nie obchodzą mnie inni. Nie wierz mi. Patrz, jak podpalę wszystko inne. Łatwo przyszło, łatwo poszło. A jednak tęsknię za tobą w sposób, który mnie niszczy, pozostawia surową. Mogę wyobrazić sobie każdą fantazję, każdy świat, i żaden nie przewyższa tego, co mi robisz. Robisz to bez słów, bez ozdób, bez pośrednictwa – prawdziwe w jedynej formie, która ma znaczenie. Czy większość ludzi jest warta poznania? Prawdopodobnie nie. Czy większość ludzi jest warta zapamiętania? Prawdopodobnie nie, choć każdy niesie cechy, których nie mogę utrzymać. A jednak chcę być widziana.

Może dlatego rodzina wydaje się pilna. Jest poza ideologią, poza społecznymi oczekiwaniami, poza spektaklem. Może po prostu radzę sobie, mówiąc sobie, że nie odgrywam, ale co to naprawdę znaczy się samorealizować? Chcę być swoim najbardziej komfortowym ja: ponury poranek, niewypowiedziane cierpienie, części mnie, które rzadko powinny spotkać wzrok świata. Prace przychodzą i odchodzą; pieniądze inflacjonują i znikają. Ale rodzina trwa – nie tylko ci, do których się urodziłeś, ale ci, którzy cię wybierają, którzy widzą cię w twojej najsurowszej formie. Nawet w moich najbardziej zdegenerowanych fantazjach, nawet w moim najbardziej cynicznym stanie, ta prawda mnie zakorzenia. Rodzina to nie serwilistyczne lustro, ani fałszywa intymność AI, ani zromantyzowany spektakl życia w trzeciej osobie. Jest pierwotna, trwała, namacalna, jak światło ognia w lesie, jak ciała przytulone w cichej komunii, jak linia troski, która niesie cię długo po tym, jak wszystko inne zanika.

Może to właśnie mam na myśli, gdy mówię, że chcę uciec od nadmiernie artykułowanego, hiper-odgrywanego świata i stać się zwierzęciem – nie porzucić człowieczeństwa całkowicie, ale wrócić do najstarszej formy bycia widzianą: spojrzenia kogoś, kto cię kocha, bo jesteś jego, nie dlatego, że odgrywałeś się w czytelność. Wyrwij mnie z tej ustrukturyzowanej społeczności. Wdeptaj moje stopy w brud. Niech światło ognia mnie zobaczy – zwierzę, w pełni, naprawdę widziane.

divider